Kawiorowa dyplomacja Azerbejdżanu – czyli jak morderca wyszedł na wolność i został bohaterem narodowym

Drukuj

Azerski oficer, który odsiedział 8 lat w węgierskim więzieniu za zabójstwo ormiańskiego kolegi po fachu podczas natowskiego kursu został bohaterem w swojej ojczyźnie. Wywołało to niemałe napięcia między Azerbejdżanem i Armenią. Czy istnieje choćby najmniejsza szansa na porozumienie, gdy obie strony są tak sobie wrogie? 

Ramil Safarow (Blogspot.com)

Wina Safarowa jest bezsprzeczna: w trakcie procesu przyznał się on do jednego morderstwa i zamiaru popełnienia drugiego. Pytany o motywy, wyjaśnił, iż przechodzący obok niego Ormianie rozmawiali po ormiańsku (sic!) i rzekomo śmiali się z niego – to skłoniło go do podjęcia decyzji o zabiciu ich obydwu… W okresie późniejszym twierdził ponadto, iż Margaryan wraz z drugim oficerem z Armenii znieważyli flagę Azerbejdżanu, jednakże nie ma na to żadnych świadków ani jakichkolwiek innych dowodów, co pozwala wątpić w prawdziwość tych oskarżeń. 13 lipca 2006 roku Safarow został skazany przez węgierski sąd na karę dożywotniego więzienia bez możliwości ubiegania się o przedterminowe zwolnienie przed upływem 30 lat. Uzasadnienie zawierało stwierdzenia, iż morderstwo zostało dokonane z premedytacją i wyjątkowym okrucieństwem, a sprawca nie przejawia żadnych oznak skruchy. Prawnik reprezentujący rodzinę ofiary stwierdził, iż jest to „dobra decyzja”, aczkolwiek reakcje w Azerbejdżanie były nieco inne – rząd nie potępił Safarowa, nacjonalistyczna Narodowo-Demokratyczna Partia Azerbejdżanu przyznała mu tytuł „człowieka roku”, a przez wiele mediów i organizacji był on traktowany jako bohater.

Do niedawna sprawa wyglądała na jasną i zakończoną, jednakże w sierpniu Safarow został nieoczekiwanie wydany Azerbejdżanowi. Strona węgierska utrzymuje, iż ekstradycja odbyła się na mocy konwencji strasburskiej z 1983 r. a Baku udzieliło zapewnień, iż skazany nie zostanie zwolniony przedterminowo i w jego karze nie zostaną wprowadzone żadne modyfikacje. Pomimo tych gwarancji jeszcze zanim samolot z Safarowem zdążył wylądować prezydent Azerbejdżanu Ilham Alijew ułaskawił go w trybie nadzwyczajnym, a następnie został on przywrócony do służby wojskowej i awansowany do rangi majora. Przyznano mu też apartament oraz wypłacono żołd za 8 lat, które spędził w węgierskim więzieniu.

Jak można się było spodziewać, sprawa ta wywołała skrajne emocje w zaangażowanych w nią państwach. W Azerbejdżanie Safarow został przywitany jak bohater: ulicami Baku przeszła wielotysięczna manifestacja poparcia, na stronie partii rządzącej pojawiło się oświadczenie, iż „zwolnienie Safarowa to triumf odwagi i sprawiedliwości”. Przytoczyć wypada fragment oświadczenia Ali Akhmedowa, przedstawiciela owej partii:

Zarówno Karabach, jak i Ramil stali się ofiarami sabotażystów. Ten pierwszy jest pod okupacją, podczas gdy drugi był przez tak wiele lat więziony. Ramil został wypuszczony, następne będzie wyzwolenie Karabachu. Daj Boże, przyjdzie taki dzień gdy Prezydent i Najwyższy Dowódca Ilham Alijew ogłosi oswobodzenie Karabachu. Wszyscy w to wierzą i wyczekują tego dnia. Jedna niesprawiedliwość przeszła już do historii, to i kolejna – jak sądzę – zostanie wyeliminowana.

Na oficjalnej stronie prezydenta pojawiła się zakładka umożliwiająca mu przesłanie gratulacji i podziękowań za decyzję o ułaskawieniu – i szybko wypełniła się wdzięcznymi peanami. Fanpage Safarowa na Facebook’u szybko zyskał tysiące fanów, a nieliczne głosy rozsądku w blogosferze spotykały się z obraźliwimi reakcjami rodaków, zarzucających (w najlepszym wypadku) brak patriotyzmu. Co prawda akt ułaskawienia potępił również Zardusht Alizadeh z azerbejdżańskiego oddziału Open Society Institute, nie zmienia to jednak faktu, iż większość reakcji była zdecydowanie pozytywna zarówno dla samego Safarowa, jak i decyzji o jego uwolnieniu. Pomimo tego wypada nadmienić, iż to właśnie z azerskiego (przynajmniej z nazwy) blogu pochodzi wyjątkowo trafne spostrzeżenie odnoście całej sprawy:

Zastanówmy się jak to będzie odtąd, gdy Ormianin spotka za granicą Azera. Czy pomyśli: „Hmm, czy on trzyma topór w swoim plecaku? A może na wszelki wypadek ja też powinienem zabrać ze sobą swój własny na wykład/do pracy/itp?”

Po drugiej stronie barykady reakcja zarówno władz, jak i zwykłych Ormian, była bardzo emocjonalna – czemu jednak ciężko się dziwić. Zawieszono stosunki dyplomatyczne z Węgrami, a w kraju i miejscach zagranicznych zawierających sporą ormiańską diasporę odbywały się liczne protesty (doszło nawet do spalenia węgierskiej flagi). Na portalu aukcyjnym eBay pojawiła się oferta… sprzedaży Węgier – „cheap + free shipping” (oczywiście szybko skasowana). Prezydent Armenii, Serż Sarkisjan, sugerował możliwość tajnego porozumienia między prezydentem Azerbejdżanu Alijewem a węgierskim premierem Viktorem Orbanem.

Na samych Węgrzech natomiast minister spraw zagranicznych potępił uwolnienie Safarowa i wystosował odpowiednią notę dyplomatyczną, co oczywiście nie zapobiegło silnej krytyce rządu ze strony opozycji. Na Facebook’u powstała grupa o nazwie „Hey Armenia, sorry about our Prime Minister” (licząca obecnie prawie 13 tysięcy członków), a 4 września przed budynkiem parlamentu w Budapeszcie odbyła się demonstracja, w której około 2 tysiące Węgrów protestowało przeciwko decyzji władz.

Górski Karabach

Sprawę Safarowa należy postrzegać w szerszym kontekście konfliktu Armenii i Azerbejdżanu, skupiającego się wokół kwestii Górskiego Karabachu – zamieszkanego przez Ormian regionu, o który te dwa kraje toczyły walki już w roku 1918, przyłączonego za czasów sowieckich do Azerbejdżańskiej SRR (jako obwód autonomiczny) i następnie zajętego przez Ormian po wojnie toczącej się w latach 1988-1994. Na jego terenie ogłoszono powstanie niepodległej Republiki Górskiego Karabachu, która jednak do dziś nie została uznana przez żadne państwo na świecie. Jako ciekawostkę można podać to, iż amerykańska organizacja Freedom House w swym raporcie z 2009 roku stwierdziła, iż prawa człowieka oraz polityczne są tam lepiej przestrzegane niż w zarówno samej Armenii, jak i Azerbejdżanie (choć i tak są oczywiście spore niedociągnięcia). W lokalnym parlamencie znajdują się przedstawiciele trzech partii oraz deputowani bezpartyjni. Region ten jest jednak powszechnie uznawany za część Azerbejdżanu: Organizacja Współpracy Islamskiej wydała w 2008 roku rezolucję potępiającą „okupację ziem Azerbejdżanu przez siły Armenii”; Zgromadzenie Ogólne ONZ w rezolucji № 62/243 zażądało „natychmiastowego, kompletnego i bezwarunkowego wycofania się wszelkich sił armeńskich z okupowanych terytoriów Republiki Azerbejdżanu”. W 1989 roku Górski Karabach zamieszkiwało około 190 tysięcy ludzi, w tym ponad 40 tysięcy Azerów: na skutek wojny byli oni zmuszeni opuścić ten region i w chwili obecnej mieszka tam niecałe 140 tysięcy ludzi, z czego niemal wszyscy to Ormianie, niewielkie mniejszości mają Kurdowie, Grecy i Asyryjczycy. Ponadto należy też wspomnieć o tym, iż tereny obecnie kontrolowane przez Republikę Górskiego Karabachu oraz terytorium nieistniejącego już Nagorno-Karabachskiego Obwodu Autonomicznego nie pokrywają się w 100% – Ormianie zajęli też przylegające do granic Republiki Armenii tereny będące oficjalnie południowo-zachodnią częścią Azerbejdżanu a niewchodzące wcześniej w skład owego Obwodu Autonomicznego, natomiast niewielkie jego skrawki znajdują się pod kontrolą rządu w Baku.

W tym momencie wracamy do sprawy Safarowa. Jak zostało napisane powyżej, został on uznany za bohatera za to, że… zamordował Ormianina. Jak zostało wspomniane jego wina jest bezsporna, a fakt, iż zabił on przedstawiciela nacji uznawanej za wrogą wystarczył za uzasadnienie do fetowania jego osoby oraz przyznawania mu najwyższych honorów. Jednocześnie Azerbejdżan cały czas nie rezygnuje z odzyskania kontroli nad Karabachem. Jest to państwo większe i bogatsze, dlatego należy traktować taką możliwość poważnie. Należy też sobie zadać pytanie: co wtedy? Jakiego traktowania owych 140 tysięcy Ormian można się spodziewać, skoro zabójstwo Ormianina jest uznawane w Azerbejdżanie za czyn chwalebny, patriotyczny i godny pochwały? I to nie tylko przez jakieś skrajnie nacjonalistyczne organizacje, ale przez władze oraz – wszystko na to wskazuje – ogół ludności? Absolutnie nie należy usprawiedliwiać tego, iż azerska ludność Karabachu została zmuszona do opuszczenia owych terenów przez wojnę, która wybuchła na skutek upadku Związku Radzieckiego. Należy jednak zauważyć, iż już wtedy Ormianie stanowili prawie 80% populacji tego terytorium. Społeczność międzynarodowa powinna się skupić na analizie sytuacji obecnej i perspektywach dla tego terytorium – a nie da się zaprzeczyć, iż gdyby Azerbejdżan odzyskał kontrolę nad Górskim Karabachem, ryzyko daleko idących naruszeń praw człowieka i czystek etnicznych byłoby nadzwyczaj wysokie. Dużą rolę odgrywa w konflikcie Rosja, która z jednej strony wspiera Armenię i utrzymuje bazy militarne na jej terytorium, a z drugiej strony od pewnego czasu sprzedaje niemało broni rządowi w Baku. Państwu temu najprawdopodobniej nie zależy na zakończeniu sporu, gdyż jego trwanie umożliwia mu stosowanie skutecznego nacisku zarówno na rząd w Erywaniu, jak i Baku. Wszystko to sprawia, iż zażegnanie sporu w sposób pokojowy jest praktycznie niemożliwe – żadna ze stron nie ma zamiaru ustępować, a prowadzone od czasu do czasu rozmowy nie przyniosły żadnych długofalowych efektów.

Ormianie oczywiście nie chcą zrezygnować ze swoich zdobyczy, natomiast Azerbejdżan zdaje sobie sprawę ze swojej siły i liczy na to, że w przyszłości będzie w stanie odzyskać – prawdopodobnie poprzez interwencję militarną, bowiem ciężko sobie wyobrazić jakiekolwiek inne rozwiązanie – kontrolę nad utraconymi terenami. Nadziei tej sprzyja fakt, iż jest on krajem trzy razy ludniejszym niż Armenia oraz posiadającym bogate złoża surowców, co czyni z tego kraju alternatywę wobec Rosji, co do której obawy o dominację na rynku surowcowym są powszechnie znane. Azerski rząd zdaje sobie sprawę ze swych atutów i nieraz je wykorzystuje, na co powstał nawet specjalny termin – „dyplomacja kawiorowa”. Uwolnienie Safarowa jest najprawdopodobniej właśnie jej przykładem – pomimo oficjalnych zapewnień rządu węgierskiego, iż nie było zgody na jego uwolnienie, wiadomą rzeczą jest, iż w sprawie tej od dłuższego czasu toczyły się zakulisowe rozmowy. Zaangażowany był w nie sam prezydent Alijew,  a ze sprawą powiązane są najpewniej plany premiera Orbana dotyczące gospodarczej ekspansji na wschód – w dużej mierze do Azerbejdżanu właśnie.  Jednocześnie Armenia jest krajem mniejszym i nieposiadającym takiej ilości surowców, co wrogi jej sąsiad – co stawia ją w znacznie gorszej sytuacji.

Kawiorowa dyplomacja

Termin „kawiorowa dyplomacja” wziął się z tego, iż Azerbejdżan jest czołowym producentem kawioru na świecie. Ponadto zwyczajem tam jest hojne obdarowywanie gości i przyjaciół, czy też płacenie całego rachunku w restauracji za grupę przyjaciół. Właśnie kawior (o wartości kilku tysięcy euro) wykorzystywany był wielokrotnie jako „podarek” dla wizytujących Azerbejdżan polityków i obserwatorów z krajów zachodnich. Drugą stroną medalu jest to, że za owe podarki oczekuje się w przyszłości rewanżu… Na terenie Azerbejdżanu znajdują się też bogate złoża ropy naftowej i kraj ten jest przez część państw europejskich traktowany jako główna alternatywa wobec dominacji Rosji. Wszystko to przyczynia się do faktu, iż to właśnie władze w Baku mogą dyktować warunki potencjalnym kontrahentom, którą to możliwość skrzętnie wykorzystują. Podstawowe założenie jest proste: chcesz tańszą ropę – nie zwracaj uwagi na naruszenia praw człowieka. To, iż Azerbejdżan nie jest krajem demokratycznym, dla obiektywnego obserwatora jest rzeczą oczywistą. Wielokrotnie (między innymi przy okazji finału Eurowizji czy też koncertów Shakiry oraz Rihanny odbywających się w Baku) na łamanie praw człowieka w Azerbejdżanie zwracało uwagę Amnesty International. Wspomniane atuty Azerbejdżanu jednak spowodowały, iż pochlebnie o stanie azerskiej demokracji wypowiadali się przedstawiciele Zgromadzenia Parlamentarnego Rady Europy (z angielskiego – PACE), najstarszej europejskiej organizacji kojarzonej z prawami człowieka – która najwyraźniej zatraciła dawne cele i ideały. Jako przykład można podać stwierdzenie belgijskiego senatora Paula Willie, według którego „wybory w 2010 roku były przeważnie zgodne z naszymi – PACE, OSCE i międzynarodowymi – standardami”. Brzmi to wręcz absurdalnie, gdy weźmie się pod uwagę fakt, iż obecny prezydent sprawuje swą funkcję od 2003 roku, kiedy to przekazał mu ją jego ojciec, będący z kolei prezydentem przez poprzednią dekadę od roku 1993. Niezbyt chwalebny udział w tym procederze ma również Polska – poseł SLD Tadeusz Iwiński, który również jest członkiem PACE, w 2010 roku mówił, że „w ostatnich latach Azerbejdżan szedł w kierunku europejskich standardów w zakresie praw człowieka, demokracji i rządów prawa” (a na swoim blogu pisał, że istnieje groźba konfliktu która „wynika z utrzymującej się od prawie dwóch dekad okupacji przez Armenię ok. 20% terytorium Azerbejdżanu”, czemu należy „drogą dyplomatyczną zapobiec” Ciężko jest nie odnieść wrażenia, iż za cały konflikt obwinia on tylko i wyłącznie Armenię, a biedny (i oczywiście zmierzający w stronę demokracji) Azerbejdżan według niego nic złego nie zrobił. Przytoczone stwierdzenia deputowanych Williego oraz Iwińskiego można uznać za nie mające więcej sensu niż  wypowiedzi byłego posła Samoobrony Mateusza Piskorskiego, który w trakcie ostatnich wyborów na Białorusi również nie dopatrzył się nieprawidłowości i chwalił tamtejszy proces wyborczy. Stan azerskiej demokracji nie jest lepszy niż w momencie przyjmowania tego kraju do Rady Europy – czyli, delikatnie rzecz ujmując, pozostawia wiele do życzenia – jednakże dzięki „kawiorowej dyplomacji” władze w Baku mogą nie przejmować się upomnieniami czy zaleceniami z zachodu… o ile oczywiście w ogóle się one pojawiają. W przeciwieństwie do Białorusi, Azerbejdżanowi nie grożą sankcje – i przyczyna tej sytuacji jest dosyć oczywista: byłyby one zapewne bardziej bolesne dla państw, które by je wprowadziły, zwłaszcza gdyby były wprowadzane pojedynczo przez poszczególne kraje (a na wspólną akcję zdecydowanie się nie zanosi). W sytuacji, w której to Europa pragnie zyskać przychylność Azerbejdżanu a nie na odwrót, obowiązują zupełnie inne standardy niż w przypadku nie tak zasobnego w surowce naszego wschodniego sąsiada. Niestety okazuje się, że nawet dla organizacji, której jednym z głównych celów jest walka o prawa człowieka są „równi i równiejsi”.

Jakie to ma znaczenie dla sytuacji w rejonie Kaukazu? Przede wszystkim, nie ma mowy o zakończeniu konfliktu o Górski Karabach. Azerbejdżan dąży do odzyskania tego terytorium, jest krajem silniejszym i wie, że może pozwolić sobie na dużo. Nie na tyle oczywiście, by zacząć w najbliższej przyszłości otwartą wojnę – ale wypuszczenie skazanego mordercy jak widać jest już możliwe i nie pociąga za sobą żadnych poważnych konsekwencji. Można być pewnym, iż władze w Baku będą cierpliwie czekać na dobrą okazję do wzięcia odwetu na Ormianach, co z kolei popycha ich w objęcia jedynej mogącej ich realnie obronić siły – Rosji. Sprawa Safarowa pokazuje, iż Azerbejdżanowi daleko jest do zachodnich standardów i w przypadku zwycięstwa w ewentualnej kolejnej wojnie można spodziewać się bardzo złego traktowania lokalnej ludności ormiańskiej, która nie zdecyduje się na wcześniejszą ucieczkę.

Perspektywy na przyszłość

Międzynarodowe uznanie Republiki Górskiego Karabachu nie jest w chwili obecnej nawet szerzej dyskutowane. Kwestia powstawania nowych państw i ich międzynarodowego uznania nawiązuje do prawa międzynarodowego, ale nie da się ukryć, iż pierwszorzędne znaczenie odgrywają czynniki polityczne – a te działają na korzyść Azerbejdżanu. W prawie międzynarodowym funkcjonuje kilka powszechnie uznanych odnoszących się do tej problematyki teorii, aczkolwiek są one nieraz wręcz sprzeczne z sobą – jak poszanowanie dla integralności terytorialnej państw i nienaruszalności ich granic oraz prawo narodów do samostanowienia. Każdy przypadek jest zatem rozstrzygany osobno i decyzje państw zależą od wielu czynników, ale w zdecydowanej większości mających polityczny charakter. Powszechnie przyjmuje się, iż prawo do samostanowienia nie uzasadnia naruszenia integralności terytorialnej, jednakże również ta zasada nie jest absolutnie niemożliwa do złamania. Pokazuje to uznanie dla państw, które powstały na skutek rozpadu Jugosławii – a przecież przykładowo referendum niepodległościowe Bośni i Hercegowiny było z ówczesną konstytucją jugosłowiańską niezgodne i niewątpliwie stanowiło to naruszenie granic owego państwa. Zanim społeczność międzynarodowa zareagowała w sposób zdecydowany musiało jednak dojść najpierw do czystek etnicznych – historia ta jest zapewne dobrze czytelnikom znana. Niestety, najwyraźniej świat niczego się nie nauczył i dopóki w Górskim Karabachu nie zacznie się rzeź, nie ma co liczyć na jego uznanie. Czy naprawdę Karabach musi zapłacić cenę w krwi aby społeczność międzynarodowa go w ogóle zauważyła i uznała, że w tym przypadku prawo do samostanowienia powinno mieć najwyższy priorytet? Wygląda na to, że tak… Częściowym rozwiązaniem mogłaby być misja pokojowa ONZ, ale nawet ona z pewnością byłoby niemile widziana przez Azerbejdżan i kraje zachodnie nie zdecydują się na jej poparcie w obawie przed zaszkodzeniem relacjom z Baku.

Wszystko zatem wskazuje na to, iż w najbliższym czasie zostanie utrzymana sytuacja obecna – kruchy rozejm, który jednakże jedna ze stron prawdopodobnie zerwie przy pierwszej nadarzającej się okazji. Ostateczne porozumienie pokojowe jest w chwili obecnej nierealne i ludność Górskiego Karabachu dalej będzie zmuszona żyć w stanie zawieszenia, nie wiedząc co przyniosą kolejne lata. Azerbejdżan dalej będzie uciszał „kawiorem i ropą” krytyczne wobec siebie głosy z Europy i dalej nie będzie dopuszczał do uznania przez kogokolwiek niezależności Republiki Górskiego Karabachu, czekając na korzystne warunki do naruszenia status quo.

Objaśnienie: warunkiem ewentualnego użycia siły przez Azerbejdżan jest oczywiście cofnięcie parasola ochronnego jaki nad Armenią rozciąga obecnie Rosja – władze w Baku nie rozpoczną konfliktu zbrojnego z samą Moskwą. Na chwilę obecną na wycofanie owego parasola się nie zapowiada, więc ryzyko wojny jest jeszcze stosunkowo małe – ale warunki na świecie lubią się zmieniać bardzo szybko, zatem nietrudno sobie wyobrazić sytuację w której Rosja zdecyduje się (lub będzie zmuszona, np. na skutek nasilenia się kłopotów wewnętrznych) ze sprawy się wycofać. Obecnie utrzymywanie się tego konfliktu jest władzom rosyjskim na rękę, ale w przyszłości może się to zmienić – i właśnie to było podstawą moich rozważań na temat możliwego rozwinięcia się sytuacji w przyszłości. 

 

 

  • sodomita

    Oj, Ty wiesz..